Senator Maria Pańczyk-Pozdziej
2018-02-21

Po co nam język śląski - artykuł w Tygodniku Powszechnym

Fot.: Tygodnik Powszechny Polemika Senator Marii Pańczyk z Anną Dziewit – Meller.

Po co nam język śląski

Nie wiem, kim jest pani Anna Dziewit – Meller, która w „Tygodniku Powszechnym” z dnia 21 stycznia br. tak gorliwie dopomina się o uznanie śląszczyzny za język, wiem natomiast, że nie za bardzo się orientuje czym status języka śląskiego grozi naszej godce.
Także autorytety, którymi się podpiera w swoich wywodach stoją w ewidentnej sprzeczności z opiniami ludzi, którzy na ten temat wiele rozpraw naukowych napisali, płuca wygadali, a ich samych zatrudniają renomowane polskie uczelnie i zasilają też Radę Języka Polskiego.
I rzecz nie w tym, że owi naukowcy są przeciwni nobilitacji mowy najpierwszej. Oni ze mną włącznie, choć ja do naukowego autorytetu broń Boże absolutnie nie aspiruję, jesteśmy za wszechstronną ochroną śląszczyzny. Jesteśmy za tym, by nie tylko przetrwała, ale by zachowała swój walor wszechstronności – różnorodność brzmień, mnogość synonimów a nade wszystko melodię tak pięknie odróżniającą godającego rybniczanina od np. rządzącego opolanina.
I niech mi nikt nie próbuje udowadniać, że tylko język jest w stanie ochronić śląską godkę, i że tylko parlamentarzyści przez podniesienie ręki spowodują, iż śląszczyzna przetrwa. Wprost przeciwnie to będzie jej grób. I wiedzą o tym nauczyciele, naukowcy, a przede wszystkim sami Ślązacy, którzy tę swoją różnorodność dostrzegają i są z niej dumni. Także ci, którzy od blisko 30 lat stają w szranki konkursu „Po naszymu czyli po śląsku”. Przewinęło się ich przez ten konkurs ponad 2 tysiące i nikt nigdy nie wspominał o tym, co apologeci języka śląskiego nazywają kodyfikacją.
A mówi się na tym, jak to sami uczestnicy określają „Święcie Ślązaków” o różnych sprawach: o mądrości nieuczonych starzyków, o czasach zamierzchłych i współczesnych, o polityce, o szkole, rodzinie, a także o tej mowie, którą się posługują. I wiele razy proszą mnie, wręcz nakazują niech pani godo w radiu co by nie zniszczyli naszyj godki, albo niech panią Pon Bócek broni co by pani dźwigła w Senacie ręka za tym językiem.
A ja się zastanawiam w czyim imieniu z podobnymi apelami występują tacy ludzie jak pani Anna Dziewit – Meller. Ze zdjęcia wnoszę, że jest osobą młodą i nie mogła doświadczyć w szkole szykan z powodu posługiwania się gwarą.
Od prawie 30 lat bowiem hołubi się śląszczyznę na wszystkich szczeblach edukacji. Liczne konkursy w przedszkolach, szkołach, gminach, kołach gospodyń wyłaniają coraz to nowych mistrzów godania.
Czasami jest to nawet denerwujące, bo moda na godanie nie zawsze idzie w parze z dbałością o poziom i jakość tych prezentacji. Książki, których ostatnimi laty wydaje się po śląsku z zachowaniem polskiej ortografii jest całe mnóstwo. Sama mam ich w swojej bibliotece ponad sto. Są to wartościowe pozycje, których autorami są ludzie, którzy coś przeżyli i mają konkretną wiedzę historyczną, obyczajową, wręcz mentalną do przekazania. I to one służyć nam będą w przyszłości jako dokument z trwania Ślązaków na tej ziemi.
Inna rzecz, że wydaje się też książki – knoty, które nigdy nie powinny trafić do żadnego czytelnika zwłaszcza młodego, które nie mają nic wspólnego z jakąkolwiek śląską literaturą.
Ale to jest tak jak ze słowami piosenki – śpiewać każdy może…
Obszerny życiorys, jaki pani Anna w swoim felietonie przedstawiła, nie jest niczym nadzwyczajnym. Takich rodzin jest na Śląsku multum i większość ma różne doświadczenia i dysponuje przekazami wynikającymi z rozmów z rodzicami, dziadkami, sąsiadami.
I jeśli starsi ludzie mają prawo uskarżać się na nie najlepsze ich w przeszłości postrzeganie i traktowanie, to młodym nie przystoi stroić się w piórka dziedzicznego ostracyzmu.
Rozumiem, że wszystkim nam chodzi o to by przetrwała mowa, którą posługiwaliśmy się w dzieciństwie bądź nadal jest ona obecna we wzajemnym porozumiewaniu się.
Ale lekarstwem na to nigdy nie będzie zadekretowany język. On urodę i różnorodność naszych gwar zniszczy. Wiedzą coś o tym Kaszubi, z którymi mam kontakt, którzy w drodze daleko idącego kompromisu wykreowali język zbliżony do jednego z najczęściej używanych tam dialektów. I wcale nie jest to za zgodą pozostałych i do dziś budzi wiele kontrowersji i niestety zniechęca do nauki kaszubskiego.
A takie przecież argumenty, czyli troska o edukację funkcjonuje i u nas, zwłaszcza wśród apologetów języka.
Znakomity był pomysł kilka lat temu na Śląsku, konkretnie w Sejmiku Śląskim, by ratować właśnie gwary. By te magiczne miliony, które na ten cel miały być wyasygnowane przeznaczyć na badania naukowe, na stworzenie wydziałów dialektologii na uniwersytetach. Dzięki tym badaniom można by ratować najważniejsze śląskie dialekty przez stworzenie znaków do ich zapisu, dookreślić fonetykę, wydać elementarze z prawdziwego zdarzenia, wykształcić nauczycieli, którzy potrafiliby mową serca zainteresować najmłodszych, bo to oni będą gwarancją jej trwania. I wówczas nie byłoby to żadne śląskie esperanto, tylko cieszynianin mówiłby po cieszyńsku, radzionkowianin po radzionkowsku, a opolanin po opolsku.
Mówili o tym na konferencji zorganizowanej przeze mnie w Senacie już w 2010 r. zatytułowanej „W kręgu śląskiej kultury, tradycji i dialektu” wybitni językoznawcy, profesorowie: Jan Miodek, Dorota Simonides, Helena Synowiec, Jadwiga Wronicz, Iwona Nowakowska – Kempny, Grażyna Szewczyk, Jadwiga Zieniuk, a także liczni parlamentarzyści, księża i sami Ślązacy. Niestety zabrakło na niej pomimo zaproszenia, zwolenników języka śląskiego. I nikt z nich nadal nie słucha samych zainteresowanych. A tych nielicznych, którym się wydaje, że tyko język jest panaceum na naszą śląskość nie przekona nawet taki językoznawczy autorytet jak prof. Jan Miodek, który w wywiadzie udzielonym red. Teresie Semik w Dzienniku Zachodnim, powiedział: Proszę ode mnie nie wymagać udowodnienia, że może śląszczyzna jest odrębnym językiem, nie żądać jej kodyfikacji, bo to jest nonsens. Naiwność połączona z fanatyzmem. Oczekiwanie ode mnie, że ja powiem: "Tak, śląszczyzna nadaje się do kodyfikacji w piśmie" jest takim samym zadaniem, jakie by postawiono matematykowi żądając udowodnienia, że czasem dwa razy dwa jest pięć. Nie udowodnię, (…).


Maria Pańczyk – dziennikarka, od blisko 50 lat związana z Radiem Katowice, od 13 lat sprawuje mandat senatora, wicemarszałek Senatu w latach 2011-2015, autorka m.in. ogromnie popularnego na Śląsku 27. już konkursu „Po naszymu czyli po śląsku”. Szczegółowe informacje o autorce można znaleźć na stronie internetowej: http://www.panczyk.senat.pl/o-mnie.html


 


polityka prywatnosci

Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej informacji w naszej polityce prywatności cookies.

ico zamknij