Senator Maria Pańczyk-Pozdziej
2010-08-23

Tarnogórzanie w świecie

O swoim miejscu urodzenia można mówić na różne sposoby. Na ogół jawi się ono jako niezwykły punkt na mapie mający wręcz magiczne skojarzenia. Bywa też, że co poniektórzy wstydliwie tają to skąd pochodzą, bo albo nie chcą się obnosić np. z parweniuszowskimi korzeniami, bądź też przywdziali maskę kosmopolitów i wszelkie sentymenty są dla nich niepotrzebnym balastem.

Zdecydowanie należę do tych pierwszych. Gdziekolwiek jestem, w Polsce czy na antypodach szukam zawsze odniesienia do moich rodzinnych Tarnowskich Gór. Także wśród ludzi, nawet za oceanem znajduję zawsze tarnogórzan i są to najsympatyczniejsze spotkania, bo nieplanowane.

Przed ponad 20 laty w czasie mojej pierwszej wizyty w Stanach Zjednoczonych jechałam nowojorskim metrem. Nagle człowiek w średnim wieku trącił mnie w ramię i po polsku zagadnął: Pani jest z Tarnowskich Gór. Z wrażenia nie mogłam wydusić słowa. Zdążyłam tylko powiedzieć tak gdy na kolejnym przystanku ów człowiek wysiadł. Przedstawił mi się wprawdzie, ale w tym zamęcie i pośpiechu nie zapamiętałam nazwiska. I do dziś nie wiem czy był tam tak jak ja okazjonalnie, czy może mieszkał w Nowym Jorku. Często o nim myślę, bo przecież możliwość spotkania krajana właśnie tam można przyrównać do trafienia szóstki w Toto Lotku.

A gdy pisze do mnie 84-letni Henryk Sporoń ze Schweinfurtu w Niemczech - niegdyś mieszkaniec Świerklańca, gdy posyła mi wycinki z gazet o Tarnowskich Górach i o Śląsku, także mojego autorstwa to jest mi po prostu miło. Miło, że ktoś to czyta, że się interesuje. A jak twierdzi Pan Henryk ludzi, którzy się swoim miejscem urodzenia interesują jest wokół niego wielu. W liście z maja tego roku otrzymałam od Pana Henryka 9 wycinków z różnych gazet. Jak wielka musi być determinacja tego człowieka, jak wielkie umiłowanie swoich stron rodzinnych, że spowodował iż, dociera do niego wszystko co o Tarnowskich Górach się pisze. I chciałabym takim ludziom jak Henryk Sporoń z tego miejsca podziękować za to że są, że mają pasję, że będąc na obczyźnie nie zapominają o gnieździe, z którego się wywodzą. Bo to gniazdo to nie tylko dom, ulica, miasto. To nie tylko kościół i cmentarz, na którym spoczywają przodkowie. To także ludzie i język. I nie ważne czy on jest literacki czy gwarowy. Ważne by był to kod, którym można się porozumieć ze swoimi.

I wielka była moja radość gdy tym kodem mogłam się posługiwać w kontaktach z Amerykanami. Mieszkają w Teksasie. Oni, potomkowie Ślązaków, których pradziadowie wyemigrowali także z okolic Tarnowskich Gór ponad 150 lat temu. Zachowali znajomość śląskiego dialektu po dziś dzień. Piękną archaiczną śląszczyzną mówi dziś w Pannie Marii, Helenie, Częstochowie i Kościuszko czwarte a nawet piąte pokolenie tychże pierwszych osadników. Ogromnie się ucieszyłam gdy na cmentarzu pierwszej śląskiej osady na kontynencie amerykańskim w Pannie Marii odkryłam, iż najstarsze nagrobki wzniesiono tam naszym krajanom Janowi i Tekli Rzeppom. Pochodzą z XIX wieku. Tekla Rzeppa z domu Dosterchil urodzona w 1802 roku w Starych Tarnowicach została ochrzczona w parafii p.w. św. Marcina Biskupa w tychże Tarnowicach a zmarła 21 stycznia 1880 roku w Pannie Marii i została pochowana na tamtejszym cmentarzu. (patrz zdjęcie).

Mąż Tekli Jan Rzeppa pochodził z Toszka, był mistrzem piekarskim, w Teksasie rolnikiem. Ich ślub miał miejsce w tarnowickim kościele 18 listopada 1823 roku. Tekla urodziła jedenaścioro dzieci. W 1855 roku Jan zwrócił się do Agencji Schulera z prośbą o zgodę na wyjazd do Teksasu dla swojej licznej rodziny. Wkrótce po przybyciu do Panny Marii wybudowali mocny, złożony z niewielkich kamieni dom. Zamówili także dla swego parafialnego kościoła w budowie dzwon ze Śląska, który ostatecznie przybył do Panny Marii w 1858 roku. Wcześniej przywieźli z sobą figurkę Chrystusa ukrzyżowanego i umieścili ją na krzyżu. Krzyż poświęcony był przez ojca Leopolda Moczygembę , który zapoczątkował exodus Ślązaków do Teksasu.

I tak to ofiarodawcami dzwonu do kościoła pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcią Najświętszej Marii Panny w Pannie Marii byli mieszkający do 1855 roku w Starych Tarnowicach Johan i Tekla Rzeppwoie. Ich dzwon do dziś dnia znajduje się w kościelnej wieży. Natomiast w 2004 roku na 150-lecie śląskiego osadnictwa na ziemi amerykańskiej zawiozłam do Panny Marii nowy dzwon odlany w Taciszowie przez sławnego ludwisarza inż. Zbigniewa Felczyńskiego. Poświęcony przez arcybiskupa Damiana Zimonia na dorocznej imprezie „Po naszymu czyli po śląsku” stoi obecnie w specjalnie wybudowanej dzwonnicy przed tym kościołem. Jak informuje pamiątkowa tablica - jest darem Ślązaków w Polsce dla Ślązaków w Teksasie.

Tak więc pierwszy dzwon Ślązakom w Teksasie ufundowali tarnogórzanie, a najnowszy tzn. niekoniecznie ostatni - ufundowała tarnogórzanka (patrz zdjęcie Marii Pańczyk na tle dzwonu w Pannie Marii). W ten sposób tarnogórzanie wpisali się w historię dalekiego kraju, z którego kilka razy do roku ks. Franciszek Kurzaj - duszpasterz Ślązaków w Teksasie przywozi do Polski kolejne grupy Sekułów, Kalków, Kaczmarków, Moczygembów czy Kiełbasów. Wielu z nich, a jest to jako się rzekło czwarte a nawet piąte pokolenie emigrantów sprzed laty posługuje się jeszcze śląskim dialektem.

Niezmiennie wszyscy zauroczeni są ojczyzną przodków, która wydaje im się jako swoiste eldorado i często o sobie mówią: Joł je amerykański Ślązok z Teksasu.

Maria Pańczyk


polityka prywatnosci

Używamy plików cookies, aby ułatwić Ci korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Więcej informacji w naszej polityce prywatności cookies.

ico zamknij